1 stycznia 2014

Rozdział 14.

Dla Asi, która była gotowa przyjechać do Sztokholmu i zabić mnie, za tak długą przerwę ;)
A dla Malwiny dedyku nie będzie, bo się tylko nabija ze mnie xD (i tak cię kocham siostra! ;p)

Obudziłam się z uśmiechem na ustach. Nie otwierając oczu próbowałam ręką odnaleźć Fabiana, aby się do niego przytulić. Natknęłam się tylko na pustą poduszkę obok mnie. Zdziwiona otworzyłam oczy i rozejrzałam się po sypialni, w poszukiwaniu zegarka. No tak, mogłam się spodziewać, że nie znajdę. Wstałam, zlokalizowałam swoją bieliznę i koszulę Fabiana, którą założyłam. Kierując się w stronę kuchni zawiązałam włosy w koka na czubku głowy.
- Fabian?! Gdzie jesteś?!- krzyknęłam na cały dom.
Odpowiedziała mi tylko cisza. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam szukać kawy w kuchennych szafkach. Kiedy w końcu ją znalazłam i zaparzyłam w dużym zielonym kubku usiadłam na kuchennym blacie. Upiłam trochę kawy i zagłębiłam się we własnych myślach gapiąc się pustym wzrokiem na własne dłonie. Z moich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Po chwili Fabian wpadł do kuchni jak oparzony, w pierwszej chwili nawet mnie nie zauważył, a kiedy w końcu raczył się obejrzeć cicho zaklął pod nosem.
- Ale to nie tak miało być- mruczał cicho do siebie, kładąc zakupy na blacie obok mnie.- Ty jeszcze powinnaś spać, a ja powinienem zrobić śniadanie do łóżka. Tak romantycznie powin...
- Romantycznie, to wczoraj było z kebabami- zaśmiałam się odkładając kubek.- Poza tym, znając ciebie i twoje umiejętności w gotowaniu, prędzej spaliłbyś dom- dogryzłam mu z miną niewiniątka
- Ohoho, jak uszczypliwa się znalazła! Zapomniałaś chyba, że ty też z gotowaniem dobrze nie stoisz- odparł podchodząc do mnie. Oparł się rękoma o blat i stanął ze mną twarzą w twarz, przy okazji odgarniając zagubiony kosmyk za moje ucho.
- Za to inne moje umiejętności są na dobrym poziomie- mruknęłam kładąc dłoń na jego karku.
- Na prawdę?- na jego twarzy pokazało się udawane zaskoczenie.- A jakie?- spytał szeptem.
Poruszyłam tylko zabawnie brwiami, złapałam za materiał jego koszulki i przyciągnęłam go do siebie. Złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek, który długo nie pozostał delikatny. Już po chwili Fabian przyśpieszył tępo i błądził swoją dłonią po moim nagim udzie, a pocałunkami pieścił moją szyję. Nie zwlekając ani chwili dłużej zaczął pozbywać się swojej koszulki, aby po chwili znów namiętnie wpić się w moje wargi. Już zabierałam się do zdejmowania z siebie Fabianowej koszuli kiedy usłyszeliśmy głośne chrząknięcie. Byłam tak zaskoczona, że zapomniałam iż za mną znajduje się szafka kuchenna. Cóż, przypomniałam sobie o niej kiedy gwałtownie oderwałam się od Fabiana i uderzyłam czubkiem głowy o jej kant.
- Cholera!- syknęłam cicho, rozmasowując jednocześnie rosnącego guza.
Jenak kiedy zobaczyłam małą osóbkę w progu kuchni.. oniemiałam.
- Przepraszam bardzo, że przeszkadzam- powiedziała wyzutym z emocji głosem.
Na twarz założyła maskę obojętności, jednak oczy zdradzały jej uczucia. Fabian lekko zakłopotany, Bóg jeden wie czemu przecież jest na własnych metrach kwadratowych, już miał coś wyjąkać kiedy jak na zbawienie rozdzwonił się jego telefon. Powiedział ciche 'Przepraszam, zaraz wracam' i prześlizgnął się między Moniką, a ścianą w międzyczasie naciągnął na siebie koszulkę.
Kiedy młody rozgrywający zniknął z pola widzenia, Monika pozwoliła zmierzyć mnie wzrokiem.
- Hola! Spokojnie z tym morderczym wzrokiem- rzuciłam w jej stronę zakładając ręce na piersi.
- Bo co? Chłopaka już mi zabrałaś, jeszcze bardziej chcesz mi zniszczyć życie?- spytała mrużąc ze złości oczy.
Zatkało mnie. Totalnie zbiło mnie z nóg. Jednak szybko się otrząsnęłam.
- Nic ci nie zniszczyłam- powiedzialam wolno przez zaciśnięte zęby.- Sama go straciłaś, przez swoją własną głupotę. I nie pierdol- dodałam szybko gdy Monika chciała coś powiedzieć- że to moja wina. Nie rób z siebie ofiary, bo sama spieprzyłaś sprawę- skończyłam celując w nią palcem.
Już przyrzekałam sobie w myślach, że więcej sobie nie pozwolę na taki wybuch, że będę kontrolować siebie i swoje emocje podczas tej jakże niezmiernie miłej konwersacji . Ale koleżanka miała chyba inne plany na tę rozmowę.
- Jeszcze pożałujesz- wysyczała.- Pożałujesz, że podjęłaś się roboty w Asseco, pożałujesz, że z nim porozmawiałaś, że na niego spojrzałaś..
- Nie rozpędzaj się czasem. I tak skończyłam cię słuchać przy pierwszym 'pożałujesz', więc się nie męcz, bo to grozi spoceniem- powiedziałam.
- Jeszcze się spotkamy- rzuciła prowokująco.
- Oby- powiedziałam na odchodne i poszłam w stronę sypialni.
Po drodze minęłam się z Fabianem który spytał:
- Gdzie idziesz?
- Ewakuuję się- odpowiedziałam zwięźle.
W gruncie rzeczy wyszłam z kuchni w obawie przed samą sobą. Jeszcze jedno nieodpowiednie słowo tej lalusi, a mogłabym nie wytrzymać. Aby ochłonąć po całej tej sytuacji, poszłam się do łazienki ogarnąć się i ubrać. Włosy związałam w wysoki koński ogon, zrobiłam delikatny makijaż. Wychodząc z łazienki wpadłam, na ubranego już, Fabiana.
- Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że się tutaj zjawi.
- Skąd mogłeś wiedzieć, że twoja lekko psychiczna była wpadnie do nas na śniadanko?- zironizowałam, po czym szybko dorzuciłam:- Nie przepraszaj, to nie twoja wina.
- Wiem, ale i tak się z tym źle czuję.
- A tak w ogóle to po co przyszła? No, bo chyba nie na wyżej wymienione śniadanko- zaśmiałam się.
W odpowiedzi usłyszałam parsknięcie śmiechem.
- Nie. Przyszła oddać klucze.
Wzruszyłam tylko ramionami i odwróciłam się na pięcie. Poczułam na swoim nadgarstku dłoń Fabiana który automatycznie przyciągnął mnie do siebie i wymruczał mi do ucha:
- Na czym my to skończyliśmy?
- Chyba na tym- powiedziałam składając namiętny pocałunek na jego ustach. Fabianowe dłonie znów zaczęły wędrować po moich plecach. Akcja robiła się coraz gorętsza, ale ja natychmiastowo ją przerwałam, poklepałam Fabiana po policzku i powiedziałam z uśmiechem:- Ale niestety, trening wzywa.
- Trening mamy dopiero za godzinę!- wyjęczał Drzyzga.
-  Jeszcze przed nim chciałabym pojechać przebrać się i wziąć swoje materiały, więc byłoby miło jakbyśmy już wyszli!
- Dobra, tym razem wygrałaś.
- Ja zawsze wygrywam- rzuciłam przez ramię.
Kiedy już zjedliśmy śniadanie, spokojnie kuchnia i dom przeżyły, w wyśmienitych humorach ruszyliśmy w kierunku mojego domu. W samochodzie włączyliśmy radio, a do naszych uszu dotarła piosenka "Last Christmas", oczywiście automatycznie zaczęliśmy protestować, że jest za wcześnie na tego typu piosenki. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że jest początek grudnia, a piosenka jest jak najbardziej na miejscu.
Gdy byliśmy pod moim domem rozdzwoniła się moja komórka. Zanim wygrzebałam ją z czeluści mojej torebki, natrafiłam na małą karteczkę, na której było zapisane parę słów, ładnym i charakterystycznym pismem:

To nie koniec. Słono zapłacisz za to, że nas rozdzieliłaś.
Nie masz pojęcia z kim zadarłaś.

Zgniotłam papier w reku czując narastającą frustrację i złość. Nie dam sobie w kaszę dmuchać, a zwłaszcza jakiejś rozwydrzonej panience. Ja nie mam pojęcie z kim zadarłam? Pomijając fakt, że nie wiedziałam, iż w ogóle z kimś zadarłam. To ona nie wie co zaczęła i to ona, a nie ja, powinna się obawiać.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, że krótki, ale muszę jakoś zacząć i wrócić do starej weny.
Rozdziały na pewno nie będą już tak długie jak wcześniej, 
bo się po prostu człowiek męczy przy pisaniu takiego tasiemca.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, Miśki ;**

Liczę na komentarze z opiniami ;)
Dodatkowo, świeża ankieta, na Nowy Rok ;p

24 grudnia 2013

Wesołych Świąt ;3 +małe info.

Wesołych świąt mordki ;**
Bogatego Mikołaja, a żeby wam jakieś siatkarskie ciacho przyniósł pod choinkę i w ogóle wszystkiego naj ;3

Chciałam się wytłumaczyć z długiego nie dodawania rozdziałów.
W Szwecji mamy już koniec pierwszego semestru i trzeba było podgonić z ocenami jak i z językiem.
Przede mną trudny wybór szkoły, więc po prostu jestem teraz kłębkiem nerwów i stresu.
Na szczęście nadeszła przerwa świąteczna i już biorę się za pisanie.
Ale jest mi trochę przykro, że nie stać was na więcej niż 4 komentarze (albo w ogóle) pod postem.
Pamiętaj: czytasz=komentujesz=motywujesz, bo nie tylko brak mi weny ale również motywacji.
Kiedy mam czas, czytam wasze rozdziały aby być na bieżąco, później staram się dodawać komentarze ;)

A więc! :D Jeszcze raz Wesołych Świąt ;)

Justyna ;*

29 listopada 2013

Rozdział 13.

Dedykuję rozdział mojej kochanej chorowitce. Jafra, jestem z tobą! ;*
Oraz Asi i Karolinie które pomogły mi wymyślić idealną i oryginalną randkę Ani i Fabcia ;3

Kiedy już przyjechałam do domu i dostałam burę od ojca, który zaczął wypytywać się o wszytko, a na koniec spytał się czy kogoś mam, podjęłam decyzję, że czas się usamodzielnić. Jak tylko wrócę z tej cholernej, tajemniczej randki, zacznę szukać mieszkania. Mam już swoje lata, pora wylecieć z rodzinnego gniazda. Bez żadnego ociągania się rozpoczęłam wielogodzinne przygotowania do spotkania z Fabianem. Pozwoliłam włosom wyschnąć tak, żeby skręciły się w sprężynki, tak bardzo znienawidzone przeze mnie na co dzień. Zawinięta w ręcznik weszłam do swojej garderoby. Oczywiście powtórzyła się sytuacja sprzed rozmowy kwalifikacyjnej. Czyli: załamanie rąk, płacz i zgrzytanie zębami, wołanie o pomstę do nieba za własną głupotę i na końcu oczywiście zarzekanie się oraz obietnice pójścia na zakupy. Nie miałam kompletnie żadnego pojęcia w co się ubrać, bo moja garderoba bazowała głównie na koszulkach, jensach i dresach, które nie są raczej najlepszym strojem na randkę. Nie myśląc zbyt wiele złapałam za telefon i wybrałam numer Ziarenka.
- Czego?- zapytała jednocześnie coś przeżuwając.
Przewróciłam tylko oczyma.
- Pomocy!- odparłam wysapując zrezygnowana do telefonu.
- Oho! Zamieniam się w słuch!- powiedziała ochoczo.
Streściłam krótko mój problem nerwowo krążąc po pokoju. Została mi jeszcze niecała godzina. Jak się nie wyrobię to nie będzie ciekawie. Karolina tylko co chwilę przytakiwała i słuchała. Pewnie w wyobraźni przekopywała swoją szafę. Kiedy skończyłam ona tylko rzuciła:
- Będę za 15 minut- i się rozłączyła.
Spojrzałam zdziwiona na telefon i tylko wzruszyłam ramionami. Mogła powiedzieć co weźmie, żebym chociaż spróbowała zaprotestować. Chodziłam w kółko po swoim pokoju myśląc, że to przyspieszy przyjazd przyjaciółki. Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi krzyknęłam:
- Otwarte!
Po chwili Karolina wpadła do mojego pokoju trzaskając drzwiami
- Ktoś tu dziś idzie na randkę?!- wykrzyczała zabawnie poruszając brwiami.
Westchnęłam tylko i podniosłam rękę do góry jak uczennica podstawówki.
- Nie nabijaj się tylko mów co przyniosłaś.
Ziarenko nic nie mówiąc zaczęła wyjmować starannie złożone ubrania na moje łóżko. Z każdą wyjętą rzeczą moje brwi wędrowały coraz wyżej, lecz wyjęcie przez nią brązowych litów z drewnianymi obcasami przelało czarę.
- Pogięło cię?!- spytałam poddenerwowana.- Przecież ja w czymś takim chodzić nie umiem!
- Nauczysz się- stwierdziła rzeczowym tonem przyglądając się swojej stylizacji rozłożonej na materacu mojego łóżka.- Lepiej powiedz co sądzisz o całości. Jestem genialna, prawda?- spytała zachwycając się własnym gustem. Miałam ochotę podrażnić się z nią i zaprzeczyć.
Niestety musiałam się zgodzić.
Szmaragdowa sukienka przed kolano z krótkim rękawkiem, brązowa skórzana kurtka, brązowa torebka na ramię i oczywiście te przeklęte lity. Całość dopełniały jasno zielone kolczyki i pierścionek. Wzruszyłam tylko ramionami i teatralnie otarłam nieistniejącą łzę.
- Dzięki tobie będę pięknie wyglądać na tej randce.
Poczułam tylko jak dostaję kuksańca w ramię. Zaśmiałam się tylko. Na serio będę pięknie wyglądać, pomyślałam mało skromnie.
- A tak swoją drogą, ciekawe gdzie cię zabiera- zachodziła w głowę Karolina, przy okazji rzucając się na łóżko.
- Żebym to ja wiedziała- prychnęłam układając włosy przed lusterkiem.
- Pewnie na coś mało oryginalnego ale romantycznego. Typu kolacja w dwoje, czy coś takiego.
Zmarszczyłam brwi zastawiając się nad jej słowami. W między czasie rzuciłam okiem na moja kreację i próbowałam wybrać coś ze swoich kosmetyków.
- Znając jego będzie to właśnie coś oryginalnego- mruknęłam do siebie po czym z frustracji rzuciłam tuszem w stronę umywalki w łazience.- Weź rusz dupę i mi pomóż, bo ja już wariuję!- zawołałam zrezygnowana.
- Siadaj- powiedziała wstając z łóżka.
Od razu wzięła się do roboty bez zastanowienia. Widać, że miała wprawę. Z resztą, zawsze miała do tego rękę. Za każdym razem gdy próbowałam spojrzeć w lustro, odwracała moją głowę mówiąc: nie ogląda się nie skończonych arcydzieł. Gdy już skończyła i mogłam się obejrzeć powiedziałam:
- Zostań moją prywatną stylistką.
Użyła jasnych cieni do powiek, czarnego eyelinera, tego samego koloru kredki do oczu i maskary. Podkreśliła również moje jasne brwi.
- Ależ przystojnie wyglądasz- powiedziała nachylając się i poprawiając kosmyk włosów.
- Dzięki- powiedziałam parskając śmiechem. Spojrzałam na zegarek i mruknęłam:- Czas się ubrać.
- Tylko załóż seksowną bieliznę!- rzuciła przez ramię.
Zaśmiałam się tylko kręcąc głową.
- A właśnie!- zawołała doganiając mnie.- Dobry jest w te klocki?- spytała z głupkowatym uśmieszkiem.
- A skąd mam wiedzieć?- spytałam chowając twarz wśród włosów, a jednocześnie próbując znaleźć jakąś stosowną bieliznę. Kiedy rzuciłam okiem na Karoliną, parzyła się na mnie oczyma jak pięć złoty.
- Zamknij buzię, bo połkniesz komara- rzuciłam do niej.
Ziarenko szybko się otrząsnęła.
- Ile wy ze sobą jesteście? Miesiąc? I jeszcze ze sobą nie spaliście?- krzyczała lekko zdezorientowana.
- Zamknij się!- syknęłam.- Tata pracuje na dole- dodałam pośpiesznie.- A kiedy mieliśmy to zrobić?! W pokoju hotelowym w Paryżu? Całkiem romantycznie by było, gdyby nie fakt, że za ścianami mieliśmy innych siatkarzy. Nie miałam też zamiaru wskoczyć mu do łóżka po tygodniu bycia razem... Z reszta, mówisz tak jakby seks był najważniejszy w związku.
- Najważniejszy może nie jest ale bez seksu związku raczej nie ma- podsumowała wzruszając arogancko ramionami.- Wszystko wskazuje, że dziś ten wielki dzień, więc szykuj się, bo zostało ci dwadzieścia minut na ubranie się i poćwiczenie.
Wybrałam czarną koronkową bieliznę i cieliste pończochy. Kiedy już się przebrałam i wyszłam z łazienki, Karolina pokiwała aprobująco głową, a po chwili podeszła do mnie z litami w ręku.
- Masz tutaj moje cudeńka. Tylko uważaj na nie!
Przewróciła tylko oczyma i powiedziałam:
- Spoko. Jak się nie zabiję mając je na nogach to będzie dobrze.
- Nie przesadzaj- rzuciła przez ramię idąc w stronę łóżka.- No dawaj, dawaj! Szybko!- ponaglała mnie klaskając w dłonie.
Szybko włożyłam lity. Musze przyznać, że były cholernie wygodne i sądzę, że nie najgorzej w nich chodziłam.
- Dobra. Dasz sobie radę. Tymczasem ja już pędzę, bo niedługo się zjawi twój książę na białym koniu, oczywiście o ile się nie spóźni- dorzuciła z uśmieszkiem.
- Dziękuję ci jeszcze raz za pomoc- powiedziałam przytulając ją.
- Nie ma za co. W końcu po co ma się przyjaciół.
Gdy Karolina już pojechała, przewiesiłam sobie skórzaną kurtkę przez ramię i chwyciłam w rękę torebkę, do której szybko wrzuciłam portfel, telefon, klucze i chusteczki. Zeszłam na dół i zapukałam do drzwi gabinetu taty.
- Tato..- zaczęłam uchylając drzwi.
- No co tam?- spytał nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.
Odchrząknęłam chcąc zwrócić na siebie uwagę i dodać sobie trochę odwagi. Kiedy tylko na mnie spojrzał spytał:
- Znam go?
Zmarszczyłam zdziwiona brwi.
- Skąd wiesz, że idę na randkę?
- Dobrze znam swoje dziecko!- rzucił rozbawiony.- Na spotkanie z koleżankami nie założyłabyś butów na obcasie. Nienawidzisz ich- oznajmił pokazując palcem na lity.- Więc kim jest ten szczęściarz i kiedy go poznam?
Ostatnia część pytania otumaniła mnie prawie tak samo, jak uderzenie patelnią w głowę.
- Fabian Drzyzga- powiedziałam- i nie wiem kiedy go poznasz. Mam nadzieję, że nigdy- mruknęłam do siebie ewakuując się z jego gabinetu.
Już widzę to przesłuchanie, które musiałby przejść Fabian podczas spotkania z moim ojcem. Tata poczułby się jak agent FBI wypytując młodego rozgrywającego o jego życie i plany na przyszłość.
Potrząsnęłam energicznie głową, chcąc jak najszybciej i jak najskuteczniej wyrzucić tę dziwną wizję z mojej głowy. Pomogło mi ciche pukanie do drzwi. Idąc w stronę wyjścia, nałożyłam na siebie kurtkę i przewiesiłam torebkę przez ramię. Nerwowo strzeliłam palcem i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się młody Drzyzga z artystycznym, kruczym nieładem na głowie i szarymi oczami utkwionymi w mojej małej osobie. Ba! Nawet się ogolił. Uśmiechnęłam się nieśmiało pod wpływem jego wzroku.
- Ślicznie wyglądasz- wykrztusił tylko i pochylił się nade mną, aby złączyć nasze usta w czułym pocałunku, który obudził rój motyli w moim brzuchu.
- Dziękuję- mruknęłam prosto w jego usta kiedy oboje raczyliśmy się od siebie oderwać.- To powiesz mi gdzie jedziemy?
Fabian złapał mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku jego auta.
- Jeszcze o niczym się nie dowiesz- rzucił z cwaniackim uśmiechem otwierając przede mną drzwi pasażera.
Kręcąc z niedowierzaniem głową zapinałam pas. Ruch nie był zbyt wielki, godziny szczytu już dawno minęły. W trakcie drogi rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Fabian opowiadał o swoich znajomych z Warszawy, o klubie, rodzinie. Ja opowiadałam mu o tym, jak poznałam Dawida i Karolinę oraz jak spędziliśmy następne 6 lat, do czasu mojego wypadku. Na szczęście nie musiałam zaczynać opowiadać o tych niezbyt wesołych momentach mojego życia, gdyż Fabian zaparkował samochód i oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Wyszłam z auta i zaczęłam się rozglądać. Poczułam dłoń Fabiana na mojej dokładnie w momencie gdy zrozumiałam gdzie mnie zabiera.
- Filharmonia!- szepnęłam.
- Spodoba ci się.
- W to nie wątpię! Uwielbiam muzykę klasyczną- powiedziałam nadal lekko zdziwiona.
- Nie spodziewałaś się. Przyznaj- naciskał z uśmieszkiem na twarzy.
- Nie. Jestem zaskoczona. Udał ci się- odpowiedziałam kręcąc głową.
- Zaskoczę cię jeszcze bardziej jak powiem, że sam lubię muzykę klasyczną?
Spojrzałam na niego autentycznie zaszokowana. Skąd on się wziął?
- No proszę. Inteligentny, dżentelmen, uprzejmy, zabawny i do tego lubi muzykę klasyczną. Fabian, twój gatunek dawno wyginął, co ty tu robisz?- spytałam przez śmiech.
- Dodaj jeszcze umiejętność gdy na fortepianie i masz ideał mężczyzny- skwitował rzeczowym i absolutnie nie skromnym tonem.- Chodź, bo zaraz się spóźnimy- powiedział pociągając mnie lekko w stronę ciężkich dębowych drzwi.
Koncert opierał się głównie na utworach Bacha, Mozarta i Chopina ale można było również usłyszeć utwory takich kompozytorów jak Stefano Mocini czy Lutosławskiego. Istna magia. To jest prawdziwa muzyka. Jeżeli ktoś najpopularniejsze utwory XXI wieku nazywa muzyką to jest pewnego rodzaju bluźnierstwo. Muzyką nie da się nazwać piosenki w której powtarza się jedno czy trzy zdania, które odnoszą się do seksu, alkoholu albo narkotyków, gdzie co trzecie słowo to przekleństwo, a melodia opiera się na trzech nutach. Na szczęście są jeszcze kompozytorzy, piosenkarze i zespoły które rozumieją i znają prawdziwe piękno muzyki i potrafią pokazać oraz wyrazić to piękno na swój własny niepowtarzalny sposób.
Spektakl okazał się rekordowo długi, nie to żebym narzekała ale kiedy wychodziliśmy z gmachu filharmonii, burczenia mojego brzucha nie zagłuszył nawet zimny i gwałtowny powiew wiatru. Nie uszło to uwadze Fabiana, który od razu stwierdził, że jedziemy na kolację.
- Fabian, jest godzina 22- zaśmiałam się.- Większość restauracji jest zamknięta albo przepełniona, w końcu to piątek- dodałam wybijając mu ten pomysł z głowy.
W końcu postanowiliśmy, że pojedziemy do domu Fabiana i wykombinujemy coś u niego. Znaczy on wykombinuje, ja ze swoimi nieumiejętnościami mogę co najwyżej pomóc. Moja skromna osoba i kuchnia równa się teksańska masakra piłą mechaniczną. Noc była zimna i wietrzna, dawało się wyczuć w powietrzu zapach nadchodzącego deszczu, więc wcale się nie zdziwiłam, że kiedy wysiadaliśmy pod mieszkaniem Drzyzgi pierwsze krople lądowały już na naszych głowach.
Dom młodego rozgrywającego znajdował się na jednym z nowo wybudowanych osiedli blisko centrum. Jak tylko zamknęliśmy za sobą drzwi najszybciej jak mogłam ściągnęłam ze stóp te cholerne lity. Wygoda, wygodą ale łydki i palce zaczynały mnie boleć. Rozejrzałam się po salonie. Nie był jeszcze do końca urządzony. Lekko zimny, bez ozdób, obrazów, kwiatów. Znajdowały się w nim najważniejsze i najpotrzebniejsze rzeczy. Ale jedno mnie zdziwiło najbardziej. Czarny, ekskluzywny fortepian stojący w rogu wielkiego salonu. Szczena opadła mi na podłogę.
- To fortepian- stwierdziłam z bystrością pięciolatka.
- Nie da się ukryć- potwierdził z ironią.- Lubię sobie od czasu do czasu pograć- dom był właściwie surowo umeblowany ale znalazło się miejsce dla fortepianu.- Nie zdążyłem dokończyć meblowania- stwierdził jakby czytając mi w myślach, stając obok mnie i obejmując mnie ramieniem.- W garderobie wciąż stoją kartony z meblami. Ciągłe treningi, wyjazdy, mecze, a jak trafi się dzień wolnego wolę inaczej spędzać wolny czas.
- Rozumiem. Wiesz, jak chcesz to mogę ci pomóc z meblowaniem. Lubię skręcać regały- dodałam posyłając kuksańca w jego stronę.- A teraz chodź coś upichcić! Tylko od razu mówię, ja się do gotowania nie nadaję!
Fabian zmarszczył brwi i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Czemu?- spytał niepewnie.
- Bo moje umiejętności kucharskie są zerowe- przyznałam się do własnej słabości.
Fabian zaczął się śmiać, a ja tylko patrzyłam na niego jak na debila.
- To żeśmy się dobrali- wyjąkał między salwami śmiechu.
Schowałam twarz w dłoni, oparłam się o zimną, białą ścianę i zaczęłam chichotać.
- Tylko nie mów mi, że też potrafisz przypalić jajecznicę!- zaśmiałam się.
- Tak, potrafię!- stwierdził po czym wyjął telefon z kieszeni i naskrobał szybko sms'a.- Właśnie załatwiłem nam kolację, niestety będzie dopiero za 20 minut. Tymczasem, może coś ciepłego do picia?- spytał i zapraszającym gestem wskazał mi drogę do kuchni.
I w tym pomieszczeniu przeważała biel. Jasne meble, srebrny sprzęt kuchenny, tu i tam można było zobaczyć kolorowe detale. U szefa kuchni zamówiłam gorącą herbatę z cytryną. Czekając na tajemniczą kolację, wciąż opowiadaliśmy o swoich rodzinach. Właściwie to ja zasypywałam Drzyzgę pytaniami.
- Cały czas słyszę jak opowiadasz o swoim tacie. A mama?- spytał cicho.
Włoski na karku stanęły mi dęba. To jedno słowo budzi we mnie tak wiele sprzecznych emocji. Przede wszystkim nienawiść, gniew i żal. Ale i smutek, bo nigdy nie miałam prawdziwej matki. Długo się zbierałam do odpowiedzi, wystarczająco długo, żeby Fabian pomyślał, iż nie chcę o tym rozmawiać.
- Nie, nie! Nie o to chodzi. Stałeś się kimś ważnym w moim życiu, więc powinieneś znać moją przeszłość- zapewniłam szybko.- Moja matka zostawiła nas gdy miałam trzynaście lat. Jednego dnia wszystko było pięknie. Zakochani w sobie po uszy rodzice, szczęśliwa, kochająca się rodzina. A następnego wszystko legło w gruzach... Okazało się, że matka miała romans. Szybko zdecydowała się nas opuścić. Nawet nie próbowała ratować tego małżeństwa. Przekreśliła je, tak samo z resztą jak mnie. Dorastałam bez najważniejszej osoby w życiu każdej nastolatki. Tata jest moim ojcem i matką. Zawsze mnie rozumiał i wspierał. Dlatego jestem z nim tak bardzo związana, bo w tej jednej osobie są dwie najważniejsze postacie mojego życia. Pomagał mi w każdej chwili mojego życia. Nie ważne jaki miałam problem.
Z ostatnim wypowiedzianym przeze mnie słowem zadzwonił dzwonek do drzwi, który całkowicie rozproszył gęstniejącą atmosferę. Fabian potruchtał otworzyć, a ja wykorzystując okazję szybko przetarłam łzę. Miałam nadzieję, że nie zobaczył jej młody rozgrywający.
- Nasza wyborna i wyśmienita kolacja przybyła!- ogłosił Fabian wchodząc do kuchni z dwoma srebrnymi zawiniątkami w jednorazówce.
Równo z jego pojawieniem się w pomieszczeniu do moich nozdrzy doleciał doskonale znany i uwielbiany przeze mnie zapach. Od razu zaczęłam się śmiać.
- Kebab jako wyborna i wyśmienita kolacja!- powiedziałam przez śmiech do siadającego naprzeciw mnie rozgrywającego.- Nie ma co, ten wieczór zdecydowanie należy do oryginalnych!
- Słuchaj. Zaraz możemy zgasić światła, zapalić świeczki i zjeść kebaba w świetle świec. Wtedy będzie mniej oryginalnie.
- Proszę cię!- wykrztusiłam.- Daj mi po prostu moją porcję.
Wesoła i zabawna atmosfera utrzymana była przez cały posiłek. Śmialiśmy się z różnych sytuacji i opowiadaliśmy sobie różne historie. Gdy skończyliśmy i posprzątaliśmy po kolacji, poszliśmy do salonu. Podążałam krok w krok za Fabianem, który usiadł za fortepianem i delikatnie musnął palcami klawisze wydobywając cudowne dźwięki z najwspanialszego instrumentu świata. Oparłam się o jego barki wsłuchując się w melodię. Nagle zmienił tonację, a nuty zaczęły układać się w jedną z moich ulubionych kompozycji Stefano Mocini'ego, It hurts.
- Trafiłem?- spytał cicho.
- Idealnie- odszepnęłam wpatrując się w jego dłonie.
Ta chwila mogłaby trwać wieczność. Przy nim czułam, że żyję. Nie potrzebowałam siatkówki aby czuć się spełnioną i szczęśliwą. Mogłam być sobą. Mogłam być wredna, chamska, sarkastyczna, a on ciągle był przy mnie. Dobrze wiedział co lubię, co mi się podoba, co myślę! On po prostu czytał mi w myślach! Wraz z ostatnią nutą złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach. Odwzajemnił go z taką wrażliwością i słodyczą, iż wiedziałam, że kocham tego faceta. Nie ma i nie będzie żadnego innego.
Z każdą sekundą nasz pocałunek zmieniał się w coraz bardziej dziki i namiętny. Młody rozgrywający błądził swoimi dłońmi po moich plecach z delikatnością, która mogła zaskoczyć. Fabian na chwilę oderwał się od moich ust ciężko oddychając. Spojrzał się na mnie pytająco, tak jakby pytał się o zgodę. Nieznacznie kiwnęłam głową w odpowiedzi, doskonale wiedziałam czego chciałam. Drzyzga wstał z krzesełka, objął mnie rękoma w talii, a ja podskoczyłam i owinęłam swoje nogi wokół jego bioder. Znów złączyliśmy nasze usta w pocałunku, zmierzając w kierunku sypialni.
On jest tym jedynym. Jest moim ideałem. Jest mężczyzną z którym chcę być do końca. Nie ma i nie będzie żadnego innego. Czułam, że przy nim jest moje miejsce na świecie. Nigdy nie wierzyłam w pokrewieństwo dusz. Uważałam to za niemożliwe. Jednak po spotkaniu tego mężczyzny, zmieniłam zdanie.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że kazałam tak długo czekać ;)
Brak pomysłu i częściowo również ochoty ;p
Ale jest to jeden z dłuższych rozdziałów, więc sądzę, że mi wybaczycie ;)

Justyna ;* 

21 listopada 2013

Ogłoszenia parafialne.

Hej, ludzie! :p
Chciałam was o czymś poinformować, ponieważ wiele osób pyta kiedy następny.
Nowe rozdziały będą się pojawiać albo w niedziele, albo w poniedziałki.
Jest to spowodowane tym, że mieszkam od niedawna w Szwecji i uczę się języka.
Na dodatek we wtorki mam dodatkowe lekcje, a w środy chodzę do polskiej szkoły,
więc mam mało czasu na pisanie dwóch, czy więcej, rozdziałów tygodniowo.
Nauka to nauka. Nijak nie przeskoczysz..
Jeżeli będę miała wolne, oczywiście rozdziały będą dodawane częściej.

A więc, do następnego! :D


Justyna ;*

18 listopada 2013

Rozdział 12.

Dedykuję ten rozdział Joasi i Karolinie, które zaskoczyły mnie niskimi wynikami w nauce z matematyki xD
Pamiętajcie, jakoś zdacie! :D hahah ;*

Obudziło mnie głośne trzaśnięcie drzwi do łazienki. Nie otwierając oczu próbowałam ocenić sytuację. Dobra. Spałam w butach.. na jakiejś kanapie, czułam lekki szum w głowie spowodowany procentami oraz leżałam w objęciach jakiegoś dwumetrowca. Wait, wait.. WHAT? Gwałtownie otworzyłam oczy, lekko zdezorientowana całą sytuacją. Nic nie zobaczyłam, poza ciemnoszarym materiałem oparcia kanapy. Lecz z każdą mijającą sekundą przypominałam sobie cały wczorajszy wieczór.

Karniaki, śpiewający duet (konkretnie Pit+Kosok), narzekania Dawida, że wódka wywietrzała, Fabian i Lukas zakładali się o byle co, Paul gadający o swoich wąsach i oczywiście Igła, który rzucał żartami na prawo i lewo. Kompletna wariacja. Pomału przypominałam sobie samą końcówkę naszej imprezy, kiedy to chętnych do spania i sprzątania nie było. Niestety ojciec kapitan kazał nam iść spać, więc zostawiliśmy cały ten burdel i ruszyliśmy zajmować miejsca. Część siatkarzy poszła na górę do sypialni dla gości, inni poszli po materace. Ja nie ruszyłam się nawet z sofy tylko pozdejmowałam poduszki, chwyciłam przewieszony przez oparcie koc i wyszczerzyłam się do pozostałych w salonie. Dawid już chrapał na prostopadłej kanapie, Penchev i Veres siedzieli po turecku na podłodze próbując nadmuchać materace, a Drzyzga wyglądał jakby zagubił się w czasoprzestrzeni albo cofał się w rozwoju. Zaśmiałam się cicho pod nosem.
- Miłej nocy, pijusy!- powiedziałam z cwanym uśmieszkiem.
- Hahahaha!- zaśmiał się Fabian, wracając z dalekiej podróży i zygzakiem ruszył w moją stornę.- Widzę, że mi miejsce zajęłaś.
Spojrzałam na niego jakby był z innej planety.
- Chyba śnisz!- prychnęłam szczelniej zakrywając się kocem.- Ja sama ledwo mieszczę na tej kanapie!- rzuciłam próbując przekonać Drzyzgę... niestety, spryciarz zaczął udawać kota za Shrek'a, a ja miałam słabość do tej minki. Przewróciłam oczami, westchnęłam i zaczęłam robić miejsce dla Fabiana.- Spróbuj tylko jutro narzekać, że się nie wyspałeś, a cię znokautuję.
Ten tylko posłał w moim kierunku cwany uśmiech, a po chwili leżał koło mnie. Przykryłam go kocem i wtuliłam się w jego klatkę, nasłuchując bicia serca. Już odpływałam w objęcia morfeusza kiedy usłyszałam pytanie młodego Niko.
- Ej... mogę z wami? Nie dam rady napompować tego materaca.
- Niestety nie posiadamy już miejsca. Poza tym, pompuj, pompuj, dobrze ci to zrobi. Przy wysiłku, promile szybciej wyparują z twojego organizmu- odparł Fabian.
- Dzięki za pomoc!- prychnął Niko.
- Zawsze możesz spać z Konarskim, ale ostrzegam, czasem przydarzy mu się chrapnąć.
- To ja już wolę na wpół napompowany materac.
Reszty ich pasjonującej konwersacji nie usłyszałam.

To właśnie w ten sposób znalazłam się na kanapie z moim Fabianem. Westchnęłam cicho i próbując nie obudzić młodego rozgrywającego obracałam się na drugi bok kiedy usłyszałam ciche pytanie.
- Nie śpisz już?- spytał mnie zachrypniętym szeptem, wyraźnie nie chcąc mnie budzić.
Zadarłam głowę do góry, aby zajrzeć w szare oczy. Uśmiechnęłam się i złożyłam pocałunek na jego wargach.
- Już nie- odparłam równie cicho.- Ktoś już wstał?
- Nie... Może trzeba im pomóc?- spytał z cwanym uśmieszkiem.
Trzepnęłam go ręką po kruczej czuprynie.
- Wystarczy im ten kac który będzie ich męczyć jak tylko z łóżka zejdą- powiedziałam, próbując wygrzebać się spod gryzącego koca.- Chodź. Ogarniemy ten syf.- stwierdziłam patrząc na puste butelki po wódce i piwie.
- Nie- powiedział cicho nakrywając się kocem.- Nie, nie, nie, nie.
Kiedy stanęłam na podłodze, a on dalej mamrotał pod nosem jedno słowo, złapałam go za rękę i próbowałam wyciągnąć za kanapy. Okazało się, że Fabian ma inne plany na ten ranek. Chwycił mnie mocno za nadgarstki i pociągnął z powrotem na sofę. Runęłam na miękkie poduszki, a młody rozgrywający przytulił się do mnie jak małe dziecko do pluszowego misia.
- Puść mnie!- wycharczałam nie mogąc złapać oddechu.
- Ej! Bez miziania na kanapie! Bardzo proszę!- usłyszeliśmy zachrypnięty i zaspany głos Kosy, który właśnie schodził po schodach.
- Jeżeli mówiąc mizianie masz na myśli duszenie to ja bardzo chętnie!- odparowałam, nadal próbując wyswobodzić się ze szczelnego uścisku Drzyzgi.
 Kiedy już się uwolniłam i odegrałam się na młodym rozgrywającym poszłam pomóc Grzesiowi w sprzątaniu. Chłopcy wzięli się za ogarnianie burdelu w salonie, a ja za zmywanie naczyń. Było ich tyle, że jedna zmywarka nie wystarczyła i ja musiałam pobawić się w drugą. Szybko uwinęłam się ze swoim zadaniem, więc poszłam pomóc w salonie. Piętnaście minut później chacjenta Paula lśniła czystością. Reszta siatkarzy zaczęła wracać z dalekiej podróży. Po wielu było widać, że wczorajszy melanż daje im się we znaki. Młody Penchev wyglądał jakby nie spał od 24 godzin, a przecież dopiero co wstał. Miałam z nich niezły ubaw, choć sama czułam lekki szum w głowie.
- To co powiecie, żeby na śniadanie była pizza?- spytał Lotman stając w progu salonu z telefonem w ręku.
Wszyscy spojrzeli po sobie i z dzikim uśmiechem pokiwali głowami.
- Pięknie się zaczyna ten dzień- mruknęłam.
- Tylko trzeba się sprężać, bo za półtorej godziny mamy trening- mruknął Igła, który cały czas siedział na kanapie z łokciami opartymi na kolanach i twarzy schowanej w dłoniach.
Szturchnęłam stojącego obok mnie Alka i ruchem głowy wskazałam na Krzysia z pytającym wyrazem twarzy.
- Ej, Krzychu, co ci jest?- spytał nasz kapitan z tym cudownym akcentem.
- Chyba zaraz się porzygam- sapnął libero.
Zaczęłam się trząść ze śmiechu. Oj, moje siatkarskie pijaczki!
- Słaba głowa!- rzucił któryś z chichrających się po kątach siatkarzy.
- Jakbyś mieszał to też byś tak miał!- pijacko wychrypiał Igła.
Pokręciłam tylko z niedowierzaniem głową. Jak w tym wieku można być jeszcze tak nie mądrym i mieszać piwo z wódką?! Przecież to woła o pomstę do nieba, albo jak w tym przypadku o kaca mordercę dnia następnego. Rozumiem, że Drzyzga tak zrobił. Młody, głupi, niedoświadczony. No ale Krzysiu?! W tym momencie moje myśli przerwał dzwonek mojego telefonu. Na wyświetlaczu były cztery literki, których widok zmroził mi krew w żyłach.
- No hej, tatuś!- zaczęłam wesoło jak gdyby nigdy nic, a w duchu zasadziłam sobie mocnego kopniaka w tyłek. Brawo dla mnie.
- Wiesz, że czasem przydałoby się chociaż napisać sms'a, że cię w domu na noc nie będzie?- spytał spokojnie.
Spokojnie? Cholera. Nie dobrze.
- Wiem, ale wszystko tak jakoś się potoczyło i zapomniałam.
- Zapomniałaś starego ojca powiadomić, żeby się nie martwił, że noc spędzisz poza domem? Czy wiesz jak ja się martwiłem? Czemu w ogóle nie odbierałaś? Z resztą! Porozmawiamy jak wrócisz do domu!- dodał i rozłączył się.
Stałam jak słup przez chwilę nie mogąc się otrząsnąć. Po chwili wybuchłam śmiechem i ruszyłam do chłopaków, którzy jak się okazał, wcinali już pizze.
- Co się śmiejesz?- spytał Konarski.
Kręcąc głową odpowiedziałam:
- Nie ważne. Po prostu poczułam się jak 17 latka- powiedziałam ocierając łzy rozbawienia.

Godzinę później byliśmy już pod halą. Pogoda odzwierciedlała samopoczucie wielu z nas. Deszcz, chlapa i błoto. Czyli polska jesień pełną gębą. Siatkarze marudząc pod nosem poszli do szatni, a ja szybko poszłam do kawiarni, po dawkę kofeiny na wynos. Już od 24 godzin nie piłam kawy i podle się z tym czułam. Stanęłam na końcu cholernie długiej kolejki. Wiedziałam, że Kowal opieprzy mnie za spóźnienie ale na serio potrzebowałam kofeiny. Gdy już wróciłam z powrotem na halę, z ukochanym, gorącym napojem w dłoni zmroziło mnie jedno spojrzenie Kowala, który już dawał wykład biednym siatkarzom.
- Proszę bardzo! Jeszcze nasza pani psycholog jest na kacu! Co?! Zamiast języka trampek w gębie?- spytał krzykiem. Na serio był wkurzony. Spojrzałam po chłopakach i stwierdziłam, że żaden nie ma zamiaru czegokolwiek powiedzieć. Czas wziąć sprawy w swoje ręce.
- Trenerze, ja to zaraz wszystko wyjaśnię- powiedziałam pewnie i spokojnie do Kowala.
- No słucham!
- Wczorajszy wieczór, miał być odskocznią dla naszych siatkarzy- powiedziałam życiowym tonem.- Mieli się zrelaksować, zabawić, zostawić problemy za sobą. Miało to też na celu jeszcze bardziej zespolić drużynę. Zapoznać się i tak dalej ciągnęłam. Oderwali się od rzeczywistości i..
- No to to im się akurat udało!- wtrącił sceptycznie Kowal.
- Doskonale pan wie o co mi chodziło- stwierdziłam patrząc na niego jakby z choinki spadł.- Poza tym, teraz pański krzyk i nerwy na niewiele się zdadzą Kac Morderca już ich dopadł, więc sądzę, że to jest odpowiednia kara za wczoraj- dorzuciłam wzruszając ramionami.
Nie jestem pewna czy to pomogło ale przynajmniej nie kontynuował swojego monologu, a zaczął prowadzić trening. Jak zawsze usiadłam na jednym z krzesełek, wyjęłam swój zeszyt i zaczęłam notować. Widać było, że Kowal ułożył sobie trening specjalnie pod okazję. Kiedy tylko ktoś zaczął mamrotać, że już nie może Trener wykrzykiwał gestykulując przy tym rękoma:
- Nie narzekaj! Alkohol szybciej wyparuje!
Mi te trzy godziny treningu szybko zleciały ale raczej chłopakom tak wesoło nie było. Pan Andrzej wyciskał z nich siódme poty. Gdy trening w końcu się skończył, siatkarze szybko umknęli do szatni, aby czasem nie narazić się czymś jeszcze trenerowi. Wzięłam z nich przykład i czmychnęłam na ławkę koło drzwi do męskiej szatni. Siatkarze całkiem szybko się uwinęli, zapewne dalej trzęśli portkami, że Kowal jednak ich wróci na salę na dodatkową godzinę treningu. Ostatni z szatni wyszedł, a jakże, mój chłopak. Nie mówiąc nic, wstałam, złapałam go za rękę i poszliśmy w stronę parkingu. Wychodząc z hali spotkała nas nie mała niespodziana. Pogoda zmieniła się o 180 stopni. Słońce przyjemnie świeciło, a delikatny wiatr rozwiewał włosy. Na reszcie jakaś zmiana, po tygodniu ciągłego deszczu.
- Jesteś dziś zajęta?- zapytał z cwaniackim uśmiechem Fabian
Spojrzałam na niego zdziwiona. Do czego on dąży?
- Och, no nie wiem! Mam taki nawał pracy, że nie wiem czy znajdę czas!- odpowiedziałam sarkastycznie.
- A więc zabieram cię o 18.
- Gdzie?- spytałam niepewna. Znając jego, ma już jakiś głupi pomysł.
- Zobaczysz- mrukną puszczając do mnie zawadiackie oczko.
Świetnie. Może jeszcze uda się skłamać, że jestem zajęta?


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej ;p 
Oddaję 12 w wasze ręce ;]

Justyna ;*

11 listopada 2013

Rozdział 11.

Miałam ochotę się zastrzelić. Nie miało dla mnie znaczenia to, że nie posiadam ani pistoletu, ani wiatrówki którą, swoją drogą, przecież i tak bym się nie zastrzeliła. Bolały mnie wszystkie mięśnie, nawet te o których nie miałam najmniejszego pojęcia. Dodatkowo budzik ustawiony na godzinę 4.00 pogarszał mój nastrój. Idąc w stronę łazienki pokracznym krokiem, który spowodowany był zakwasami, o mało się nie przewróciłam o walizkę leżącą na podłodze. Gdy doczłapałam się do łazienki i spojrzałam w lustro.. przestraszyłam się. Sińce pod zapuchniętymi oczami, siano na głowie, które wyglądało jakby żyło własnym życiem i wyraz twarzy, wołający o pomstę do nieba. Nawet Samarah pozazdrościłaby mi wyglądu. Ogarnęłam ten szajs w pół godziny. Naciągnęłam na siebie biały podkoszulek, bluzę Asseco, czarne jeansy i czarne conversy. Ściągnęłam walizkę do przedpokoju i poszłam napić się kawy. Było stanowczo za wcześnie na jakiekolwiek śniadanie. Zadzwoniłam po taksówkę, a następnie napisałam tacie kartkę, że widzimy się w sobotę. Kiedy wsiadałam do taksówki zaczęło świtać. Niebo był czyste, a powietrze mroźne i wilgotne od wczorajszego deszczu. Właśnie. Wczoraj. Na wspomnienia dnia wczorajszego, uśmiechałam się sama do siebie. Wciąż czułam przyjemne pulsowanie na wargach, policzkach, karku, wszędzie tam gdzie Jego pewne i delikatne ręce błądziły po mojej skórze. Nie mogłam jednak uciszyć cichego głosiku w mojej głowie, który szeptał mi, że sytuacja potoczyła się zdecydowanie za szybko. Nic o nim właściwie nie wiem. Wiem tylko tyle, że moje cholerne serce zaczyna szybciej bić kiedy go widzę, a ja szaleję gdy nie mam go przy sobie. Zawiła i skomplikowana to ja jestem. Trzeba przyznać.
Moje myśli i chore wizje przyszłości, wciąż toczyły zaciętą bitwę kiedy wysiadałam z taksówki pod Lotniskiem Jasionka. Z każdą minutą nabierałam coraz więcej wątpliwości. Nerwowo przygryzałam wargę i strzelałam palcami. Wchodząc do głównego holu rozejrzałam się i stwierdziłam, że jestem pierwsza. Usiadłam więc na jednej z drewnianych ławek i zakopałam się we własnych myślach.
Przecież ja go nie znam. Nic o nim nie wiem. A co na to drużyna? Trener? Wszystko potoczyło się zdecydowanie za szybko. A co jeśli nam nie wyjdzie? Jeśli znienawidzimy siebie tak bardzo, że nie będziemy w stanie wytrzymać z sobą w jednym pomieszczeniu? Miałam podpisany kontrakt do końca sezonu. Nie zamierzam go zrywać. Ale z drugiej strony czy to możliwe? Przecież jesteśmy dorośli, nie jesteśmy poszkodowanymi psychicznie przez hormony nastolatkami.
Prawdopodobnie zaczęłabym obgryzać paznokcie z powodu rosnącej niemocy, ale z pomocą przybył Fabian, który objął mnie ramieniem i złożył delikatny pocałunek na moich wargach. Na chwilę zapomniałam o moich dzikich myślach.
Kiedy Drzyzga spojrzał mi w oczy, mina mu zrzedła.
- Co się dzieje?- spytał marszcząc brwi.
Westchnęłam zrezygnowana i opuściłam wzrok próbując uniknąć spojrzenia jego szarych oczu.
- Nic- skłamałam szeptem. Nie wiedziałam jak powinnam zacząć z nim rozmowę.
Złapał mnie pod brodę i zmusił do spojrzenia w oczy.
- Hej, mnie nie oszukasz. Mów.
- Zastanawiam się czy to wszystko nie dzieję się troszeczkę za szybko. Poza tym, co pomyślą chłopcy? A Monika? Nie dawno zerwaliście, a ty już masz inną. To nie stawia nas obojga w dobrym..
- Chwila!- przerwał delikatnie poirytowany.- Może i masz rację, że za szybko. Ale oboje mamy chyba na tyle oleju w głowie, żeby to jakoś poukładać. Chłopcy? Jesteśmy dorośli i mamy prawo być razem, a Monika sama ze mną zerwała. Od dawna się między nami nie układało, więc to i tak była tylko kwestia czasu- z każdym słowem stawał się coraz bardziej pewny siebie i tego co mówi.
Ja za to miałam kompletny mętlik w głowie. Niby wiedziałam, że to co mówi jest prawdą, że nie jest to bezpodstawne. Jednak bałam się zaryzykować. Po prostu się bałam. Kiedyś nie miałam tego problemu. Ryzykowałam na każdym kroku, w każdej dziedzinie życia. Czy to siatkówka, szkoła, znajomi czy miłość. Zawsze wiedziałam czego chcę. Teraz brakowało mi pewności siebie i takiej zadziorności, której pełno miał w sobie Fabian. Chyba właśnie to mnie w nim urzekło. Poza tym, iż był zabawny, opiekuńczy, charyzmatyczny, biła od niego pewność siebie. Jeszcze dodajmy zadziorny błysk w oku i cwaniacki uśmieszek, a mamy mój ideał.
Zaśmiałam się pod nosem z własnej bezradności.
- To nie jest takie łatwe jak ci się wydaje- odparowałam próbując zamaskować i uciec od moich emocji.
- Jest- powiedział dobitnie.- Albo chcesz ze mną być albo nie.
Zmroziło mnie. Wyprostowałam się i spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Nie chodzi o to, że nie chcę z tobą być. Po prostu boję się konsekwencji- z każdym słowem podnosiłam swój poirytowany głos.- Zależy mi na tobie- szepnęłam próbując się uspokoić.- Jak na nikim innym, ale nie potrafię już ryzykować. Nie potrafię nie wybiegać myślami w przyszłość i zastanawiać się 'a co gdyby?'. Nie potrafię być spontaniczna i pewna siebie... już nie.
Wyraz twarzy Fabiana złagodniał, ujął delikatnie moją dłoń.
- Zaufaj mi. Tylko o tyle proszę- powiedział zakładając zagubiony kosmyk moich blond włosów za ucho.
Jedno muśnięcie mojego policzka, jedno spojrzenie w jego szare oczy. Pękłam.
- Nie wierzę, że to robię- szepnęłam kręcąc z niedowierzaniem głową. Objęłam jego kark rękoma, przyciągnęłam do siebie i złożyłam pocałunek na jego wargach. Moje serce biło jak oszalałe, w brzuchu wariował rój motyli, a w głowie zapanował w końcu spokój i pewność, iż słusznie postąpiłam.
Oczywiście ta romantyczna chwila nie miała prawa trwać dłużej nić 30 sekund.
Przerwało nam głośne chrząkanie i tupanie nogą.
- Co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą. Żeby tak się zachowywać w miejscach publicznych?!- mamrotał zdegustowany Igła.
- Publiczna wymiana DNA?- spytał Pit, po czym zaczął udawać, że wymiotuje.- Oszczędźcie tego widoku.
- Zakochani! Jakie to słodkie!- zapiszczał głosem nastolatki Alek.
Nawet na nich nie patrząc, przewróciłam oczami.
- Jacy wy..
Niestety uciszyły mnie usta Fabiana, który wyraźnie robił na złość kolegom z drużyny.
- Fuuuu!- mruknęli jednocześnie.
Zachichotałam prosto w wargi Drzyzgi.
Czekając na przybycie całej drużyny, obecni gratulowali nam i pytali się o wesele oraz potomstwo. Na wszystko odpowiadaliśmy żartami i śmiechem. Kiedy pojawił się Kosa, Krzysiu krzyknął:
- Grzesiek! Prawie trafiłeś z tą zmianą statusu na facebook'u!
- Kogo sobie znalazł Konarski?- spytał nawet nie patrząc w naszą stronę.
- Chyba kogo sobie przygruchał Fabian!- krzyknął Dawid siedzący obok mnie.
- Co?! Która to taka cwana?- zapytał się Kosa patrząc na Drzyzgę zmrużonymi oczyma.
Młody rozgrywając w odpowiedzi otoczył mnie ramieniem i promiennie uśmiechnął się.
- Wychodzi na to, że ja!- powiedziałam do Kosy.
Ten tylko wodził wzrokiem od Drzyzgi do mnie, szukając oznak, że sobie żartujemy.
- Wy nie żartujecie- stwierdził marszcząc brwi.
- No co ty, geniuszu!- zaśmiał się Fabian.
Kolejne dni mijały nam w genialnej atmosferze. Żartom i śmiechom nie było końca. Doskonale nastrajał nas wygrany mecz z francuskim klubem. Nie spodziewaliśmy się, iż na hali będzie aż tylu naszych kibiców. Chłopcy byli zdziwieni gdy ich oczom ukazał się widok biało-czerwonych trybun, z których dało się słyszeć rzeszowskie przyśpiewki. Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie Paryża, lecz późnym środowym wieczorem, po meczu, usłyszałam wyszeptaną obietnicę:
- Jeszcze tu wrócimy- po czym poczułam muśnięcie warg na swoim policzku.
W czwartek czekała na nas nie miła niespodzianka. Opóźniony samolot do Warszawy, nie nastrajał nas pozytywnie. Potem kolejne problemy z transportem w Wa-wie, dodatkowy stres, jęki siatkarzy, że co to ich nie boli, że jak to im się nie nudzi. Kończyły się już wszystkim pomysły na rozrywkę, więc ci którzy byli przygotowani dzielili się lekturą, inni oddawali się nutą swoich ulubionych piosenek czy też popadali w objęcia morfeusza. Mecz kompletnie nam nie wyszedł. Nie ma co zganiać na problemy z podróżą. Brak koncentracji, brak pomysłów, niewykorzystywanie doskonałych sytuacji i wyśmienicie grający Jastrzębski, spowodowały przegraną. Chłopcy byli lekko przybici lecz szybko się otrząsnęli i wkładali całe serce w pracę na treningach przed meczem z Budvą.
W środowe popołudnie, godzinę przed meczem, byłam już na hali i pomagałam drużynie przygotować się do meczu w Lidze Mistrzów. Siatkarze byli spięci, więc próbowałam ich rozluźnić szczerą rozmową i słowami otuchy. Potrzebowali wsparcia psychicznego i po to byłam tu ja. Niestety i tym razem ponieśliśmy porażkę. Przeciwnik zaskoczył nas doskonałą grą. Nie mogliśmy ustabilizować naszej gry, albo graliśmy doskonale, albo jak ostatnie ciołki. Widziałam irytację i niemoc na ich twarzach kiedy przegrani schodzili z boiska. Wzrokiem odnalazłam Fabiana. Siedział na jednym z krzesełek chowając twarz w rękach. Westchnęłam cicho i ruszyłam w jego kierunku. Nie zważając na tłum gapiów i fotografów, usiadłam obok rozgrywającego i mocno go przytuliłam. Nie odezwałam się, bo co miałam powiedzieć? Że następny mecz jest nasz, że będzie lepiej? Tego mu nie mogłam obiecać, bo wszystko zależy od nich. Wiedziałam, że najlepszym wyjściem będzie po prostu być przy nim. Słyszałam ciche pstrykania i błyski fleszy za naszymi plecami, irytujące mnie na co dzień, teraz nie miało najmniejszego znaczenia, bo on mnie potrzebował.
- Idź się porozciągać- szepnęłam i złożyłam pocałunek na jego skroni.
Odeszłam zostawiając go samemu sobie. Musi sam poukładać pewne sprawy. Wzięłam swoją torbę i poszłam zaczekać na Fabiana przed szatnią. Postanowiłam, że jutro przeprowadzę z nimi rozmowę tuż po treningu. Drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Alek z kamienną twarzą nieznoszącą sprzeciwu.
- Idziemy się najebać, a ty idziesz z nami- powiedział pokazując na mnie palcem.
Spojrzałam na niego zdziwiona mając nadzieje, że sobie żartuje.
- Jutro macie trening- odparowałam rzucając pytające spojrzenie na pojawiającego się za plecami Alka Fabiana. Ten tylko wzruszył ramionami i powiedział:
- Jak kapitan każe to trzeba słuchać. Poza tym musimy odreagować.
- Doskonały sposób- mruknęłam zdegustowana. Niby nie chciałam brać w tym udziału ale wiedziałam, że ktoś musi ich przypilnować.- Okey, idę z wami.
2 godziny później wiedziałam, że to nie był najlepszy pomysł. Byłam jedyną trzeźwą osobą, pośród najebanych dwumetrowców, którym zaczynało brakować trunku. Byliśmy w domu u Lotmana, na obrzeżach Rzeszowa. Chwila, czy ja powiedziałam dom? Cofam te słowa. Chata, willa, pałac. Jak na Amerykanina przystało, gigantyczna chacjenta z basenem i ogromnym ogrodem na tyłach. Właśnie szłam w kierunku lodówki kiedy usłyszałam wołanie Igły.
- Aniuuu! Aneczko! Kochanie ty moje!- wydzierał się wniebogłosy z salonu.
- Ja ci dam 'kochanie'!- groził przez śmiech Drzyzga.
Przewróciłam tylko oczami i poszłam im na ratunek. Gdy tylko przekroczyłam próg pokoju, wiedziałam o co chodzi. Krzysiu siedział w fotelu jak pan na włościach z pustą butelką Bols'a w dłoni. Na twarzy miał wymalowany błagalny wyraz. Oparłam się o ścianę i założyłam ręce na klatce piersiowej. Rozejrzałam się po podłodze i stwierdziłam, że wychlali już co najmniej dziesięć pustych butelek wódki i Bóg wie ile piwa. Całkiem niezły wynik jak na jedenastu chłopów.
- Aniu, Królowo Złota..
- Skończ- powiedziałam śmiejąc się.- Kto jedzie ze mną?
- Ja! - wybełkotał Fabian wstając z sofy.
Uniosłam brwi w geście drwiny. Parsknęłam śmiechem.
- A ktoś mniej pijany?
Młody rozgrywający podszedł do mnie i powiedział:
- Ależ ja jestem trzeźwy.
Oczywiście! A ja jestem święta Tereska.
- Ależ ja tego nie neguję!- powiedziałam drwiąco.
- Możecie się pośpieszyć, bo to już ostatnia flaszka!- pośpieszał nas Konarski.
Wyszliśmy, w miarę możliwości nachlanego Fabiana, z domu i wsiedliśmy do mojego auta. Włączyłam byle jakie radio i ruszyliśmy w kierunku najbliższego monopolowego. W połowie drogi usłyszałam:
- Mogłabyś się zatrzymać?- zapytał przez zaciśnięte szczęki Drzyzga.
- Tylko nie haftuj mi w samochodzie!- krzyknęłam na niego, jednocześnie zatrzymując się na poboczu. Fabian szybkim ruchem otworzył drzwi i nie wysiadając z auta uwolnił swego pawia. Ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Gdy byliśmy z powrotem na drodze, nie wytrzymałam i zaśmiałam się:
- Głowy do picia to ty nie masz!
- Do picia to ja mam ale nie do mieszanego picia- mruknął. BRAWO DLA FABIANA. Nie ma to jak mieszać.- Mogłabyś nie wspominać chłopakom?- zapytał się błagalnie.
Uśmiechnęłam się cwaniacko pod nosem.
- A co za to dostanę?
- Powiedziałbym, że całusa ale w chwili obecnej raczej cię to nie zachęci- westchnął ciężko niczym niewolnica Izaura.
- Dobrze nic im nie powiem!- obiecałam.- Z tyłu mam butelkę wody. Wypij ją. Trochę pomoże.
Reszta podróży i powrót minął szybko i bez problemów. Fabiana nie mdliło, trunki zakupione, więc misja spełniona. Gdy taszczyliśmy dwa kartony wódki, o mało byśmy się nie wyjebali otwierając drzwi. Najpierw kłóciliśmy się czyja to by była wina, a potem wybuchliśmy śmiechem.
- Oho! Na reszcie wrócili! Ile można?- usłyszeliśmy zdegustowanego naszym wolnym tempem Jochena.
- Ciekawe co im tyle zajęło..- nabijał się Lukas.
- Rozumiem, że już wódki nie potrzebujecie?!- zapytałam się biorąc się za karton aby wynieść go z powrotem do samochodu.
- Ogłupieliście?!- wydarł się na nich Alek.- Ja się jeszcze nie najebałem!
- A ten tylko o najebaniu- mruknął Lotman.
- Jeszcze się nie najebałeś?- wymamrotał Penchev który wyglądał już na mocno wstawionego.
Podeszłam do niego, położyłam mu dłoń na ramieniu i tonem starszej siostry powiedziałam:
- Niko.. Pamiętaj. My, Słowianie, cechujemy się mocnymi głowami- ale przypomniałam sobie scenkę z auta i dodałam cicho:- W większości.
- A Słowianki?!- zapytał Veres, który jakimś cudem zrozumiał o czym mówiliśmy. Może to dzięki procentom.
- Tym samym!- zaśmiałam się.
- Udowodnij!- usłyszałam.
Shit. Nie koniecznie o to mi chodziło. Nagle za mną, znikąd, pojawił się Perłowski z czystym kieliszkiem.
- No z nami się nie napijesz?!- zapytał wyzywająco.
- Niech wam będzie- powiedziałam wzruszając ramionami. A co?! Raz się żyje! Usiadłam pomiędzy Drzyzgą, który, swoja drogą, nie wyglądał najgorzej i już zabierał się za swojego kielona, a Cichym Pitem.
Paul jako gospodarz domu rozlał każdemu do naczynia i powiedział:
- Wznoszę toast za naszą Panią Psycholog, która przez następne cztery kolejki pije karniaki!- krzyknął z cwaniackim błyskiem w oku.
- Za co?!- krzyknęłam oburzona, po czym chwilę się zastanowiłam i spytałam szeptem Pita:-'Karniaki' to znaczy?
- Bez popity- odpowiedział szeptem ze śmiechem na ustach.- A za to, że od początku z nami nie piłaś, tylko po kątach uciekałaś- odpowiedział podając mi kieliszek.
Mina mi trochę zrzedła ale nie dam im tej satysfakcji. Wzięłam małe naczynko wypełnione napojem bogów, podniosłam do góry na znak toastu i na raz wypiłam całą zawartość. Gardło przypiekło niemiłosiernie, lecz nawet się nie skrzywiłam, choć miałam ogromną ochotę. Jestem uparta i na serio nie dam im tej satysfakcji.
- Skubana, nawet oczu nie przymrużyła- mruknął Kosa.
- Spokojnie przy następnym na pewno to zrobi- odparł pewny siebie Schops.
Odłożyłam kieliszek na ławę w zachęcającym geście do polania. Posłałam cwaniaki uśmieszek w stronę Jochena.
- No zobaczymy- mruknęłam zadziornie, a moja podświadomość wyśmiała mnie szyderczo i powiedziała: Zobaczysz, to ty jutro Kaca Mordercę.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej wam ;p 
Oddaję 11 w wasze rączałki ;]
Przepraszam za poślizg ale w niedziele miałam kompletny brak weny ;d
dlatego miejscami rozdział jest do dupy!
Przepraszam i obiecuje, że następny będzie lepszy :D
Do następnego! 

Justyna ;*